Koncepcja ogrodu w Studnici koło Drawska Pomorskiego
Lis 14, 2016
wiktor
0
896

Jak kamień w Studnicę

W drodze do wsi mija mnie kilka bojowych Rosomaków. Z hukiem odbijającym się od brzegów wąwozu przesuwają się płynnie w kierunku największego w Europie, naturalnego poligonu w Drawsku Pomorskim. Kolumnę zamykają Stary z wysokimi jak szczudła, grubymi oponami. Na pace siedzą żołnierze, sennie wpatrzeni w oddalający się krajobraz, wychwytują wzrokiem moje auto. Jeździ tutaj tak mało samochodów,że na odległości 5 km staję się dla nich urozmaiceniem monotonnej trasy. Droga wije się serpentynami pośród pagórków najeżonych resztkami ściętych zbóż. Widok ten, krótkimi slajdami przewija się pomiędzy mozaiką lasów. Raz po raz twarze żołnierzy giną za ścianą mgły. Wpadamy synchronicznie jednym sznurem w zalane wodą doliny.
Jadąc w kolumnie średnio 60-tką wzbijamy się na strome wzniesienie. Dopiero teraz zauważyłem, że po wyjściu z doliny, głowy żołnierzy pokryte są grubymi wełnianymi czapami, które ledwo odsłaniają wpatrzone w moje auto senne spojrzenia. Pomyślałem sobie, że cholernie zimno musi być w tych dolinach.
Obserwując ciężarówki hipnotycznie kołyszące się na wybojach nie zauważyłem stojącego na skraju jezdni lisa. Chybotliwym krokiem wszedł na drogę. Złapaliśmy swoje spojrzenia. Jego oczy były równie wytrzeszczone jak moje. Automatyczna reakcja postawiła moją nogę na hamulec. Abs rozpoczął kanonadę wystrzałów, stukotów i długich wierceń. Wszystko przez odłamki żwiru osadzone na asfalcie. Wiem, że nie mam już szans wyjść z sytuacji bez strat. Dzielą mnie ułamki sekund aby wylądować w głębokim rowie. To jest ta chwila, w której nie ma miejsca na wewnętrzne dywagacje. Przez chwilę jest się wyłącznie tu i teraz. Nie mogąc nic zrobić człowiek przełącza się w tryb obserwatora.
Wychodzę ocenić sytuację. Koła kręcą się jeszcze w powietrzu. Cała konstrukcja auta wisi oparta na podwoziu. Sytuacja krytyczna. Lis jest już na szczycie drogi, patrzy na mnie obracając się zza swojego kłęba nerwowo przebierając łapami. Lata lisek kolo drogi, nie ma reki ani nogi. W takich momentach dopada mnie irracjonalny spokój. Siadam więc na skraju rowu i rozpakowuję kanapkę, którą z rana w ciepłej, pachnącej kawą kuchni zrobiła dla mnie moja narzeczona. W ciszy rozlegają się nostalgiczne wołania żurawi. Obserwuję głęboki na dwa metry rów. Gęstwina liści kryje tysiące stworzeń, pełniących swoje zadania w całym rytmie lasu. Niemal słyszę ten cały harmider dziejący się tuż obok mnie.
Spadające na mój kark krople z drzew, niczym zimny prysznic budzą mnie do działania. Samochód stoi daleko od jezdni,zabieram więc cały sprzęt, notatnik, dalmierz i aparat. Idę do przodu w kierunku wsi. Jest już blisko, słyszę z oddali bicie dzwonów kościelnych. Wybija osiem razy. Nie jestem jeszcze spóźniony:) Idę parowem porośniętym gęsto tarniną. Odprowadza mnie krzyk uciekających tuż przy ziemi kosów.
Takiego krajobrazu się nie spodziewałem. Stoję na szczycie wzniesienia a długi zjazd prowadzi do wsi. Niewielkie chatki pokrywa gęsta mgła. Słońce przebija się przez nią rysując na dachach świetliste punkty. Kury pieją, gdzieś wyje piła spalinowa, ktoś wali młotem. Zapach obory towarzyszy mi aż do skrzyżowania. Tutaj stojąc na rozdrożu oparty o znak STUDNICA wyciągam notatnik. Przede mną numer 10 po lewej numer 15. Jak połapać się w tak absurdalnym rozmieszczeniu numerów. Odwracam się. Długa jak lotnisko działka. Rosa ściele się po skoszonym trawniku.
To tą przestrzeń będę projektował.

POST CATEGORIES

0 comments

LEAVE YOUR COMMENT